W ramach wstępuPiotr Aptacy Meandry Cyberdemokracji
W ciągu kilku dziesięcioleci media, a zwłaszcza telewizja, lecz także i inne formy komunikacji elektronicznej odizolowały obywateli od siebie i umieściły siebie w miejscu dawnych przestrzeni publicznych. Taki obraz przybiera polityka w erze modułów informacji - partycypacja przeciętnego obywatela polega na braniu udziału w wyborach i odbieraniu informacji o działaniach wybranych w ich wyniku polityków za pośrednictwem środków masowego przekazu. Nie tylko z powyższego powodu istniejące współcześnie formy demokracji poddawane są z różnych stron krytyce. Zarzuca się jej możliwość dyskryminowania mniejszości przez większość, mały wpływ obywateli na bieżące decyzje i realizację zwycięskiego programu wyborczego czy też częste zmiany celów i linii postępowania wynikające z ciągłej rotacji ekip rządzących.1 Wielu z krytykujących upatruje szansę poprawienia obecnego stanu rzeczy w wykorzystaniu rozwijających się sieci komputerowych, a to za sprawą takich ich cech jak ułatwienie jednoczesnej natychmiastowej komunikacji, możliwość publicznego wyrażania swoich opinii czy też dotarcia ze swoimi poglądami do potencjalnie szerokiego kręgu odbiorców. Tak więc prawdopodobne jest, że w przyszłości działalność o podłożu politycznym wprowadzi się na większą skalę do innej niż dotychczasowa sfery publicznej: cyberprzestrzeni, która zajmie miejsce dawnych przestrzeni publicznych służących do prowadzenia debaty politycznej. W takim kontekście ktoś może zapytać, gdzie jest owa sfera publiczna, miejsce w którym obywatele dokonują interakcji? "Trzeba zwłaszcza zapytać jakiego rodzaju istoty wymieniają informację w tej sferze publicznej, skoro nie zachodzi bezpośrednia interakcja twarzą w twarz a tylko elektroniczne migotanie na ekranie komputera. Jakiego rodzaju społeczność (wspólnota) może istnieć w tej przestrzeni. Jakiego rodzaju bezcieleśni politycy istnieją efemerycznie w cyberprzestrzeni? Modernistyczne zrzędy mogą gwałtownie zgłaszać obiekcje przeciwko przypisywaniu przepływowi informacji w Internecie godnego terminu "społeczność". Czy jest ono poprawne, a jeśli tak, to jakiego rodzaju fenomenem jest cyberdemokracja?"2Cyberdemokracja niejedno ma imię
Postawione przez Marka Postera pytanie przyjmuje jako punkt wyjścia przyjmuje jako punkt wyjścia do dalszych rozważań, co istotne, pisząc je korzystałem wyłącznie z tekstów wyszukanych w sieci. Internet bowiem charakteryzuje się wysokim stopniem autoreferencyjnosci - stanowi najlepsze źródło informacji o sobie samym.
Pomysłów które doprowadziły do powstania idei cyberdemokracji doszukać się można na długo przed powstaniem ogólnoświatowej sieci komputerowej. Pod tym względem najwcześniejszym określeniem wydaje się być "demokracja elektroniczna" - termin najczęściej używany przez propagatorów zastosowań nowych technologii komunikowania w procesach politycznych. Jednak wraz z rozwojem techniki - w tym upowszechnieniu komputerów - przymiotnik "elektroniczna" stał się mało precyzyjny. Jak zauważył Martin Hagen w artykule A Typology of Electronic Democracy: "Może on także odnosić się do używania elektronicznych mikrofonów lub telewizora. Dla pewnych znaczeń precyzyjniejsze może być określenie <<demokracja cyfrowa>>. Możliwe są także inne synonimy, jak: <<cyberdemokracja>>, <<wirtualna demokracja>> lub <<demokracja ery informacji>>. Faktem jest jednak, że obecnie powszechnie przyjęty został termin <<elektroniczna>>, jednak w znaczeniu zakładającym <<aplikację technologii interaktywnej>>."3Typologia
Jak już wspomniałem, idea cyberdemokracji (czy też, jak chce Hagen, demokracji elektronicznej) odnosi się do pomysłów, według których komputery i sieci komputerowe są, lub w niedalekiej przyszłości staną się podstawowym narzędziem w kształtowaniu systemu demokratycznego. Uwagę publiczną skupia w ostatnich latach próba odgadnięcia czy też wywnioskowania na podstawie istniejących już przesłanek, jakie efekty przyniesie wprowadzenie tych idei w życie. Technologiczne podłoże cyfrowych technologii komunikowania jednoczy wszystkie formy symboliczne w jednym (opartym w swojej najniższej warstwie na systemie binarnym) systemie kodów, umożliwiającym natychmiastową transmisję i powielanie informacji bez większego wysiłku. Jeśli więc dzięki technologicznej strukturze Internetu umożliwiona zostaje darmowa reprodukcja, natychmiastowa dystrybucja i radykalna decentralizacja przesyłania informacji, to wypada zastanowić się jakie efekty wywrze to na społeczeństwie, kulturze i kształcie instytucji politycznych? Mark Poster w tekście Cyberdemocracy: Internet And the Public Sphere twierdzi, że istnieje tylko jedna odpowiedź na to pytanie i mówi ona, że zostało ono źle zadane. "Internet wprowadza dematerializację komunikacji i w wielu aspektach transformację pozycji podmiotu, który się w nią angażuje. W swoich podstawowych założeniach opiera się on pytaniom na temat wpływu technologii. Instaluje bowiem nowy reżim relacji pomiędzy człowiekiem a rzeczami pomiędzy materialnym i niematerialnym, rekonfiguruje zależności pomiędzy technologią a kulturą i co za tym idzie podważa stanowisko z którego w przeszłości, rozwijał się dyskurs (który wydawał się naturalny) dotyczący efektów rozwoju technologii. Jedynym sposobem by zdefiniować technologiczne efekty funkcjonowania Internetu jest zbudowanie go, ustanowienie serii relacji które konstruują jego nową elektroniczną geografię."4 Inaczej mówiąc, Poster stwierdza, że Internet należy badać jako przestrzeń społeczną, a nie jako obejmującą cały świat sieć służącą do przesyłania sygnałów elektronicznych. Żeby jeszcze precyzyjniej określić swój punkt widzenia stworzył on dość zabawnie brzmiące porównanie: "Sposób istnienia Internetu bardziej zbliżony jest do sposobu funkcjonowania państwa niemieckiego niż np. młotka. Państwo niemieckie powoduje, że ludzie mieszkający w nim stają się Niemcami (przynajmniej większość z nich) natomiast młotek nie służy do czynienia ludzi młotkami lecz do wbijania stalowych szpikulców w drewno. Tak długo jak traktujemy Internet jako młotek, nie zauważamy, że bliższy jest on Niemcom. Problem w tym, że modernistyczny punkt widzenia ma tendencje do redukowania Internetu do funkcji młotka. W wielkiej narracji modernizmu Internet jest wydajnym narzędziem komunikacji, pomagającym użytkownikowi realizować jego cele w sposób bardziej doskonały."5 Oczywiście Internet w ujęciu Postera jest wystarczająco skomplikowany, bo móc niektóre z jego wykorzystań rozpatrywać z punktu funkcjonowania młotka. Jeśli ograniczamy się do przeszukiwania baz danych, lub wysyłamy pocztę elektroniczną jedynie w zastępstwie tradycyjnej poczty "papierowej", wtedy te aspekty sieci mogą częściowo być rozpatrywane z perspektywy działań pragmatycznych. Jednak nie wolno zapominać, iż najczęściej podkreślanymi aspektami Internetu są te, które ustanawiają nowe formy interakcji i prowokują pytania o nowe relacje pomiędzy jej uczestnikami. Sposobem podejścia to tej kwestii jest, zdaniem Postera, ominięcie zagadnień związanych z technologią i stanięcie przed kwestią Internetu jako przestrzeni publicznej, co umożliwić powinno także bliższe zrozumienie fenomenu cyberdemokracji.
Różnorodność zarówno form komunikowania dostępnych w Internecie jak i istniejących sposobów partycypacji w życiu politycznym sprawiają, że zjawisko cyberdemokracji jest bardzo złożone i niejednorodne. Podjęte więc zostały próby opisu i sklasyfikowania zachowań i modeli komunikacyjnych, które można by wrzucić do pojemnego worka z napisem "demokracja elektroniczna". Oczywiście automatycznie pojawia się potrzeba zdefiniowania właściwych kategorii pomocnych w rozróżnieniu poszczególnych jej typów. Jedną z propozycji jest typologia stworzona przez Martina Hagena. Zaproponował on aby dokonać rozróżnienia pomiędzy czterema wymiarami partycypacji w życiu politycznym: "Pierwszy podstawowy wymiar to szukanie informacji i <<trzymanie ręki na pulsie>>, podobnie jak w stworzonej przez Tomasa Jeffersona koncepcji idealnego obywatela, którego podstawowym zadaniem było <<bycie poinformowanym>>. Z kolei aktywna dyskusja polityczna z kimś z rodziny, przyjaciół, sąsiadów itp. jest drugim wymiarem partycypacji w życiu politycznym. Trzecim natomiast jest głosowanie. Trzeba dodać, że w ogólnym mniemaniu, głosowanie jest centralnym konceptem demokracji i najważniejszym wymiarem aktywności politycznej, i kiedy mówi się o odmowie brania udziału w życiu politycznym, odnosi się to zwykle do odmowy brania udziału w wyborach. I wreszcie czwartym wymiarem partycypacji w życiu politycznym, jest aktywność polityczna, pod pewnymi względami równie ważna dla funkcjonowania systemów demokratycznych jak głosowanie, dobrym jej przykładem są aktywiści pracujący nad kampaniami politycznymi, organizujący partyjne spotkania, promujący inicjatywy obywatelskie itd."6Zagrożenie czy błogosławieństwo?
Na podstawie tych kategorii Hagen zaproponował poczynienie rozróżnienia pomiędzy trzy podstawowe koncepty demokracji elektronicznej: Teledemokrację, Cyberdemokrację i Elektroniczną demokratyzację. Idee te różnią się w swoich założeniach normatywnych dotyczących przyjęcia bezpośrednich bądź reprezentatywnych form rządzenia i wyboru pomiędzy aktywną i pasywną rolą "szarego obywatela" w funkcjonowaniu społeczeństwa demokratycznego. Wspólna natomiast jest im wiara, że wartości nowych mediów - interaktywność, szybsze przesyłanie danych, możliwość masowego komunikowania, zasobność w informacje, nowe możliwości kontroli przez użytkownika - mogą korzystnie przyczynić się dla demokratycznego systemu politycznego. Głównym celem propagatorów idei elektronicznej demokracji jest zwłaszcza podniesienie poziomu partycypacji politycznej. Widoczne jest to w przypadku teledemokracji, najstarszej formy demokracji elektronicznej. Pojęcie to, stworzone w latach 70-tych zostało szeroko przedyskutowane i skrytykowane w następnym dziesięcioleciu. Niemożliwe jest wskazanie twórcy tego terminu, jednak był on już używany przez Teda Beckera, który w późnych latach 70-tych eksperymentował z użyciem telewizji kablowej przy podejmowania decyzji politycznych poprzez głosowanie. Teledemokracja dokłada wszelkich starań by ustanowić więcej form demokracji bezpośredniej i zatrudnić w tej służbie nowe technologie komunikacji.
Podobnie jak idea Teledemokracji rozwinęła się jako reakcja na pojawienie się telewizji kablowej, cyberdemokracja jest odpowiedzią na rozwój sieci komputerowych - wpływ na nią miały doświadczenia z lat 70-tych pierwszych użytkowników takich sieci jak EIES, Usenet, Bitnet i Internet. Pomysł cyberdemokracji rozwinął się w przedziwnej miksturze na którą składały się kultury "hippies" i "yuppies", które wkrótce stworzyły "wirtualną klasę społeczną" żyjącą i pracującą pomiędzy Uniwersytetem w Stanfordzie a Doliną Krzemową.
Podczas, gdy zarówno Cyberdemokracja jak i Teledemokracja wzywają do stworzenia bardziej bezpośrednich form sprawowania władzy, Cyberdemokracja podkreśla także pozostałe aspekty partycypacji w życiu politycznym - najważniejsze dla niej są: dyskusja i aktywność polityczna, jako społeczne formy uczestnictwa politycznego. Prymarnym zagadnieniem jest tu (ponowne) stworzenie (wirtualnych bądź zwykłych) grup społecznych stanowiących kontr-bazę przeciw zcentralizowanym formom sprawowania rządów.
Elektroniczna Demokratyzacja w odróżnieniu od dwóch pierwszych pomysłów nie stara się ustanawiać bezpośrednich form demokracji lecz udoskonalać i rozwijać istniejące formy demokracji reprezentatywnej. Jej głównym celem usprawnienie pierwszego aspektu partycypacji w życiu politycznym - zwiększenie ilości dostępnych kanałów informacji. "Elektroniczna demokratyzacja [...] jest definiowana [...] jako usprawnienie demokracji, już przygotowanej by zainicjować współpracę z nowymi technologiami komunikacji, tak aby zwiększyć siłę polityczną tych, których rola w kluczowych procesach politycznych jest zwykle mniejsza."7 Tyle Hagen, co jednak wyniknąć może z wprowadzenia tych pomysłów w życie?
"Internet jest przede wszystkim zdecentralizowanym systemem komunikacji. Podobnie jak w sieci telefonicznej, każdy kto jest podłączony, może zainicjować rozmowę, wysłać skonstruowaną przez siebie wiadomość, może też ją rozpowszechnić, inaczej mówiąc wysłać ją do wielu odbiorców, i może czynić to wszystko w <<czasie rzeczywistym>> lub przesyłając dane w miejsca gdzie są przechowywane i później zostaną odczytane. Może też zrobić to na oba sposoby naraz. Internet jako "sieć sieci" jest także zdecentralizowany na podstawowym, technicznym poziomie organizacji, wynika to z faktu iż w każdej chwili może być do niego dołączony nowy fragment jedynie pod warunkiem zachowania pewnych protokołów przesyłania informacji."8 Stan wysokiej decentralizacji spowodowany został przez kilka czynników, które pojawiły się we wczesnej fazie kształtowania się sieci komputerowych. Departament Obrony Stanów Zjednoczonych w okresie zimnej wojny chciał poprzez decentralizację przesyłania danych zapewnić zachowanie komunikacji w przypadku ataku nuklearnego. Później struktura ta wykorzystana została i rozwinięta dzięki kontrkulturowemu etosowi programistów żywiących głęboką niechęć wobec jakichkolwiek form cenzury i ograniczenia swobody komunikacji.Internet w ogniu
Dyskusja na temat decentralizacji może wydawać się zbytnim zbaczaniem w stronę rozważań o technicznych aspektach sieci komputerowych, lecz to z niej właśnie wynika wyjątkowa swoboda w przekazywaniu za pośrednictwem sieci wszelkiego rodzaju informacji - największe błogosławieństwo i jednocześnie najciemniejsza strona Internetu. Pretensje wobec cyberdemokracji zgłaszane są z różnych stron: zarówno establishmentu rządowego, wszelkiego rodzaju grup społecznych, jak i osób nie związanych z działalnością publiczną. Dyskusja w tym względzie obraca się wokół zjawisk wynikających bezpośrednio z decentralizacji: szyfrowania, regulacji dostępu do informacji, problemu zachowania anonimowości.
Nie jest tajemnicą, że głównym zmartwieniem nie tylko rządu Stanów Zjednoczonych (jako państwa najbardziej "usieciowionego") ale także i innych państw jest poszukiwanie metody ograniczenia dostępu do utajnionych informacji, ochrony swoich granic przed "terrorystami", którzy mogliby użyć Internetu by zagrozić ich bezpieczeństwu. Nie wszyscy przychylnie patrzą na takie działania, wiele osób podziela opinię Marka Postera, iż "zagrożenie dla społeczeństwa było i jest dużo większe ze strony nadużywającego swoich uprawnień aparatu rządowego, niż to wynikające ze strony terrorystów. W rzeczywistości terroryzm w sieci komputerowej jest w dużej mierze efektem propagandy rządowej i służy on by maskować nadużycia rządu za pomocą wyimaginowanych wrogów zewnętrznych. Patrząc na demokrację w Internecie w pod kątem szyfrowania, ochrona informacji rządowych staje się ograniczeniem demokracji, bowiem to, co rząd określi jako tajne, staje się niedostępne dla każdego."9 Dobrym przykładem popierającym poglądy Postera może być nagłośnienie w na forum międzynarodowym sprawy Kevina Mitnicka. W mediach stał się on synonimem hackera, i dla większości populacji jest on najlepszym przykładem tego rodzaju działalności. Faktem jest jednak, że Mitnick zerwał z kodeksem honorowym hackerów, który (w przeciwieństwie do crackerów, phreakerów itd.) zakazuje wyrządzania szkód i czerpania korzyści z włamywania się do systemów, więc dawno przestał być członkiem ich społeczności. W wyniku tej "małej" manipulacji hacker jest dziś powszechnie uważany za terrorystę i wroga publicznego.10
Wiele problemów ma źródło właśnie w możliwości zachowania anonimowości w sieci. Andy Oram w artykule Can Anonymity Make Us Free? Rozpatruje problem ochrony danych osobistych. Kiedy jest ona wskazana jako jedna z podstawowych swobód obywatelskich (umożliwiająca między innymi bezpieczne wygłaszanie niepopularnych poglądów politycznych) a kiedy staje się jej zagrożeniem (umożliwiając bezkarne rozpowszechnianie pornografii, wzniecanie nienawiści rasowej itp.). "Pokusa, aby mówić nie odkrywając swojego imienia, płci czy rasy przyciąga wielu ludzi do Internetu. Lecz swoboda ta, jako umożliwiająca także np. wymianę niecenzuralnych zdjęć i materiałów objętych prawami autorskimi, zaatakowana została już nieraz w trakcie akcji rządowych. Anonimowość stała się jeszcze jedną potyczką w ogólnoświatowej bitwie o określenie kwestii prawnych w mediach cyfrowych."11 Poza tym, szczególnie w przypadku Internetu, rozmyciu ulega linia oddzielająca przekazywanie czyichś opinii od propagandy, zwłaszcza kiedy trudne może być udowodnienie pochodzenia danych informacji. Kiedy widzimy wysłaną przez Papieża wiadomość zaprzeczającą podstawowym ideom Chrześcijaństwa, można domyślać się, że chodzi tu o kawał. Lecz w przypadku subtelniej przygotowanych podróbek różnica pomiędzy prawdą a kłamstwem lub półprawdą a także sprawca całego zamieszania mogą okazać się nie do wykrycia. Podobnie rzecz się ma w przypadku udostępnianych przez niektóre firmy darmowych kont, na których można umieszczać swoje witryny WWW. Swego czasu głośna była sprawa skazania Felixa Somma, zarządzającego niemieckim oddziałem firmy Compuserve, za zezwolenie użytkownikom zarządzanego przez niego serwera na udostępnianie poprzez Internet pornografii i propagandy nazistowskiej. Akcja władz Bawarii przeciwko Sommowi ciągnęła się od roku 1995, a surowy wyrok jaki zapadł w tej sprawie był dość nieoczekiwany, zważywszy iż w międzyczasie niemiecki parlament przegłosował prawo mówiące, że dostawca usług internetowych nie jest odpowiedzialny za materiały rozpowszechniane przez administrowany przez niego serwer.12
Krytycy Internetu i cyberdemokracji nie ograniczają się do wskazywania zagrożeń płynących z ich strony. Poddawane są też w wątpliwość korzyści płynące z wprowadzenia sieci komputerowych do działań demokratycznych, zwłaszcza oczekiwane przez niektórych "równouprawnienie" uczestników społeczeństwa cyberdemokratycznego. Stephanie Hayes zauważa: "Jako społeczeństwo typowo kapitalistyczne, tworzymy grupy oparte na podziałach ekonomicznych, etnicznych, płci czy wieku. Taka jest natura naszego społeczeństwa, i tak długo jak zmierzamy tą drogą, podziały te przeniesione zostaną na przyszłe pokolenia. W trakcie pogoni "posiadających" za rozwojem technologicznym, nikt nie zatrzymał się by rozważyć, jak nasz cyberświat ze swoim nowym politycznym porządkiem wpłynie na fragmentację polityczną naszego społeczeństwa. Oczywiście łatwo dostrzec, jakie korzyści przyniosą nowe media uprzywilejowanym, którzy mają w zasięgu ręki komputer, lub mającym status majątkowy pozwalający na spełnianie ich potrzeb. Lecz co z osobami, które nigdy nie miały kontaktu z komputerem z czysto finansowych względów? W rezultacie powstaje świat spolaryzowany na grupy tych, którzy mogą sobie pozwolić na pójście do przodu i zdobycie dostępu do głosu oraz tych finansowo niezdolnych, przegranych bez winy i znowu uciszonych. [...] W rzeczywistości otrzymujemy więc cyberwilka w przebraniu wirtualnej owcy. Ta mająca uszczęśliwić ludzi idea może okazać się nośnikiem degradacji społeczeństwa takiego, jakim je dzisiaj znamy."13
Z kolei Rob McTavish poddaje w wątpliwość gotowość szarego członka społeczeństwa do pełnego uczestnictwa w systemie demokracji elektronicznej. Zauważa on iż w trakcie rozwoju systemu demokratycznego Jeffersonowskie zadanie "bycia poinformowanym" przeniesione zostało na polityków, ich wyborcy polegają na tym, mają bowiem zbyt wiele codziennych zmartwień by zajmować się problemami związanymi z np. z podziemnymi rozgałęzieniami kanalizacji. Przy dzisiejszej populacji niemożliwe jest także by wszyscy obywatele mogli wypowiadać się na każdy temat.14
Przy takiej ilości wątpliwości nie dziwi, że wokół Internetu i tworzącej się cyberdemokracji wielokrotnie już prowadzono batalie, znajdujące niejednokrotnie finał w sądzie. Pierwszy prawdziwy sprawdzian dla amerykańskiej cyberdemokracji, stanowiła przygotowana przez rząd Billa Clintona i podpisana przez niego samego 8 lutego 1996 roku nowa ustawa telekomunikacyjna, do której dołączono tzw. "Prawo o przyzwoitości komunikacji" (Communications Decency Act - CDA), którego głównym celem była ochrona dzieci przed zalewem pornografii dostępnej w Internecie. Ustawa wprowadzała poważne ograniczenia wolności wypowiedzi w mediach telekomunikacyjnych (ze szczególnym uwzględnieniem sieci komputerowych) ograniczenia jakich w prawie USA nie stosowano względem żadnych innych form wypowiedzi. Powstała bowiem sytuacja, w której teksty legalne w druku czy publicznym przemówieniu np. na zebraniu czy wiecu, mogły stać się nielegalne w przypadku zacytowania ich w Internecie. Natychmiast po podpisaniu ustawy przez prezydenta Clintona Amerykańska Unia Swobód Obywatelskich wspólnie z Electronic Frontier Foundation wytoczyły proces sądowy przeciwko rządowi wskazujący iż Communications Decency Act łamie pierwszą poprawkę do konstytucji USA gwarantującą wolność słowa. Podczas publicznej debaty przytaczano argumenty iż wg ustawy za "nieprzyzwoite" mogą być uznane udostępniane w sieci klasyczne dzieła literatury i sztuki, prace naukowe (np. z zakresu prawa, medycyny, biologii, psychologii, językoznawstwa) a nawet niektóre fragmenty Biblii.Co dalej?
"W rezultacie 11 czerwca 1996 roku Sąd Apelacyjny wydał wyrok według którego CDA uznany został za niezgodny z pierwszą i piątą poprawką do amerykańskiej konstytucji i tym samym unieważniony [...] Sędziowie zgodnie podkreślili, że o ile intencje wprowadzenia przepisu może być uznana za żywotny interes państwa, to restrykcje narzucone przez CDA dalece przekraczają jakiekolwiek dopuszczalne minimum, nie gwarantując przy tym wcale skuteczności osiągnięcia założonego celu, mogą natomiast doprowadzić do sparaliżowania swobody wypowiedzi w Internecie."15
Na naszym rodzimym gruncie brak zdarzenia o takiej skali, jednak polscy Internauci również się jednoczą. 2 września 1995 roku rozpoczęło swoją działalność stowarzyszenie Polska Społeczność Internetu, powstało ono (co ciekawe) także na tle dyskusji o kontrowersji toczących się wokół uchwalonej przez Sejm nowelizacji ustawy o telekomunikacji. Jako swój cel PSI postawiło sobie "promocję wykorzystania Internetu w szkołach, uczelniach, instytucjach naukowych i badawczych, administracji państwowej (podkr. aut.) i całym społeczeństwie, a także pomoc w przezwyciężaniu istniejących barier w rozwoju sieci komputerowych w naszym kraju oraz zintegrowanie środowiska polskich internautów, tworząc forum wyrażania opinii i przekazywania ich ośrodkom decyzyjnym."16
Trudno tak naprawdę osądzić co zmieniłoby wprowadzenie systemu elektronicznej demokracji bezpośredniej poza oczywistymi ułatwieniami w przeprowadzaniu wszelkich referendów, głosowań i wyborów czy zgłaszaniu projektów obywatelskich. Niełatwo też ocenić czy cyberdemokracja stanowić będzie pełne antidotum na którąkolwiek z wad funkcjonujących systemów demokratycznych. Nie należy się więc spodziewać cybernetycznej rewolucji społecznej, o wiele jednak bardziej prawdopodobnym jest iż odbywać się będzie ewolucja systemów demokratycznych, a w krajach rozwiniętych na pewno będzie ona związana z Internetem. "Już dziś Sieć spełnia niezwykle doniosłą rolę w rozwoju instytucji demokratycznych, a także jest inspirującym przykładem doskonale funkcjonującego systemu bez formalnie ustanowionej władzy dysponującej aparatem przymusu. Cyberdemokracja wyeliminuje lub zmniejszy dzisiejsze wady systemu demokratycznego, ale nie może być systemem idealnym. Zamiast obecnych wad pojawią się nowe, których dziś jeszcze nie doświadczamy."17Przypisy
1 Lista zgłaszanych pretensji jest dość długa, na łamach "Informatyki" próbował ją dokładniej określić Andrzej
Kaczmarczyk w artykule: Perspektywy cyberdemokracji, Informatyka nr 7/8 1998, s. 48-51 w sieci
udostępniony pod adresem http://www.imm.org.pl/mat/Cybdem.html
2 Mark Poster, Cyberdemocracy: Internet And the Public Sphere;
http://www.gold.ac.uk/difference/papers/poster.html
3 Martin Hagen, A Typology of Electronic Democracy,
http://uni-giessen.de/fb03/vinci/labore/netz/hag_en.html
4 Mark Poster, Cyberdemocracy...
5 Mark Poster, Cyberdemocracy...
6 Martin Hagen, A Typology of...
7 Martin Hagen, A Typology of...
8 Mark Poster, Cyberdemocracy...
9 Mark Poster, Cyberdemocracy...
10 O zjawisku hackingu i jego odmianach pisano już nieraz, ciekawych większej ilości szczegółów odsyłam do
artykułu: Michał Kamfora: Kult hackingu, "Enter" 9/99 s. 24-27.
11 Andy Oram: Can Anonymity Make US Free? http://www.oreilly.com/people/staff/andyo/ar/anonymity.html
12 Zdarzenie opisane zostało w artykule: Andy Oram: Is There Anything We Can Do About Internet Porn?,
http://www.oreilly.com/people/staff/andyo/ar/censor_alternatives.html
13 Stephanie Hayes, Access: The Cyber-Roadblock, http://hoshi.cic.sfu.ca/~cm/issue5/access.html
14 Rob McTavish, Teledemocracy: Can wired democracy work?
http://hoshi.cic.sfu.ca/~cm/issue5/teledemocracy.html
15 Wydarzenia te opisane zostały w: Jarosław Rafa: Amerykański zamach na Internet. "Internet" 3/96 (dostępny
także w sieci pod adresem: http://www.wsp.krakow.pl/Pl-mac/papers/cda.html) oraz Jarosław Rafa: Wolność
słowa zwyciężyła w Internecie. "Internet 8/96 (dostępny w sieci pod adresem:
http://www.wsp.krakow.pl/Pl-mac/papers/wyrokcda.html)
16 Jarosław Rafa: Polska Społeczność Internetu rozpoczyna działalność. "Netforum" 6/95 (dostępny w sieci po
adresem: http://wsp.krakow.pl/Pl-mac/papers/info-psi.html)
17 Andrzej Kaczmarczyk Perspektywy cyberdemokracji, Informatyka nr 7/8 1998, s. 48-51; lub pod adresem
http://www.imm.org.pl/mat/Cybdem.html